Czyli nasze życie w Eire
niedziela, 22 stycznia 2012
Kolejna seria


...książek. Tym razem wypożyczone z biblioteki.

"The calling of the grave" - tak naprawdę ostatnia z czterech, ale ta najszybciej przyszła(w naszej bibliotece nie było, więc musiałam zamówić); ponieważ nie ma chyba żadnej spójnej akcji pomiędzy tomami, poza postacią główną, czytanie zaczęłam od tego właśnie tomu.







Fota z amazonu


Seria składa się z 4 tomów:


"Chemia śmierci"
"Zapisane w kościach"
"Szepty zmarłych"
i ostatni, podobno jeszcze nie przetłumaczony, "The calling of the grave".
Autor Simon Beckett.


Cóż mogę powiedzieć? Wciąga, owszem, ale mnie nie powaliło. Tak, w momencie, gdy już zaczęłam czytać, to z trudem odkładałam książkę i szłam spać. Zapewne przeczytam wszystkie części, ale gdybym miała porównywać do Mankella... wypada zdecydowanie gorzej.



sobota, 21 stycznia 2012
A u nas wciąż zmiany



Coś dodajemy do domu, przemalowujemy, przestawiamy...


Od dwóch dni nasz pokój dzienny funkcjonuje jako skład płyt:





Wszelkie rozmiary, długości...




Wszędzie panuje bałagan, trociny unoszą się w powietrzu, płyty zasłaniają kominek..


Pierwszy efekt to wisząca półka na książki, wmontowana w stelaż domu. Wszystko obliczone na ilość książek, które posiadamy i przeliczone na energię dzieci; uwzględniony został też współczynnik ich katastroficznej pomysłowości:



Półki w trzech biblioteczkach zostaną wzmocnione dodatkowymi deseczkami, boki będą skręcone na dodatkowe śruby.

W pokojach dziewczyn - nie zdążyłam jeszcze zrobić zdjęć - stanęły po dwie szuflady wsuwane pod ich łóżka. W przyszłym tygodniu dojdą półki na ścianach - też wmontowane w stelaż domu - wiadomo dlaczego:))


Tymczasem na jadalnianym żyrandolu wisi sobie to:



Elementy z narożnej półeczki, którą systematycznie rozkręcam i maluję poszczególne jej elementy i elemenciki. Praca dość przyjemna, aczkolwiek rozciąga się w czasie, bo kolejne warstwy trzeba szlifować i malować, i szlifować, i znów malować. Warte jednak to wszystko efektu końcowego.


W międzyczasie - jak zwykle u mnie - powstaje równie powoli, w niemalże ślimaczym tempie, malowidło na ścianie:



Powtórzenie motywu z lustra, z tym, że malowane z pamięci, więc każdy krzak będzie inny; Praca trwa już miesiąc, a gdyby policzyć początek, kiedy postawiłam pierwszą fioletową kreskę na korytarzu... to pewnie dłużej niż pół roku.
Siostra prorokuje, że w momencie, kiedy będziemy się wyprowadzać z tego domu, na pewno zakończę malowanie wszystkich pomieszczeń:) Zobaczymy. Może uda mi się troszkę wcześniej?




środa, 18 stycznia 2012
Na szybko


Kilka zdjęć strzelonych na szybciocha:





Gosia, która ZAWSZE ALE TO ZAWSZE wygląda na radosną inaczej:)


Izabelka ma zwyczaj przykucnąć sobie na schodach z trzema Fluffy'mi - flufiakamia, jak zwykłam je określać:






Tym razem była wdzięczną modelką:





I nawet zdjęcia wyszły ostre, bo nie próbowała do mnie podbiegać, żeby polepać aparat:







wtorek, 17 stycznia 2012
Jeździłam już jazzem


Wczoraj odebraliśmy auto, dziś wsiadłam pierwszy raz i pojechaliśmy na zakupy. W sumie miałam się tylko kawałek przejechać, no wiecie, żeby zobaczyć jak to jest w japońcu. Skończyło się na tym, że prowadziłam do Portlaoise i z powrotem. Artur nigdy nie był fanem prowadzenia auta, może z wyjątkiem nowych terenów, kiedy jeździmy na wycieczki. Na trasach nam znanych zawsze mi oddaje kółko. Ja natomiast mogłabym jeździć ciągle i ciągle! Plunket zaproponował niedawno, żebym poszukała sobie pracy jako kurier:)

Cóż moge powiedzieć na temas samochodu? Jeździ się FANTASTYCZNIE! Lekko steruje - dosłownie jednym palcem(i tu nie przesadzam), sprzęgło i biegi ślizgają się niesamowicie. A ja do tej pory myślałam, że moja renówka jest superowa. Tym razem odpada w przedbiegach. Jedno jednak trzeba przyznać renault - na wybojach jedzie gładko, można rzec, że płynie i siedząc w środku nie czuje się drogi. Ta honda ma nieco twardsze zawieszenie i już podskakujemy delikatnie w środku. No ale oczywiście nie ma na co narzekać:)
Dziś Artur pojechał już do pracy nówką. Teraz się przekonamy, czy faktycznie tak mało pali, bo podobno ma ekonomiczny silnik i spala 4l/100km jadąc w zakresie optymalnym. W ruchu miejskim też nie jest najgorsza, co byłoby fantastyczne, patrząc na ceny paliw, które u nas też szybują!!!


sobota, 14 stycznia 2012
Był sobie zaczęty "coś"...



...leżał sobie i leżał przez lata. Wraz z upływem czasu zmieniała się koncepcja... Dwa tygodnie temu "coś" dorósł do ostatecznych rozmiarów - mam nadzieję, że odpowiednich - i pozostało go ukrochmalić. Nastąpiło to dwa dni temu i oto wyniki:




3 lata trwała praca nad ostatecznym projektem - to chyba trzeci wzór(pochodzący z jakiegoś czasopisma szydełkowego), który został zaakceptowany. Sam pomysł zakiełkował chyba ponad 5 lat temu. Cieszę się ogromnie, że ukończyłam pracę. Muszę się zgodzić z Ren-ya(szydełkowała tą samą zazdrostkę), że projekt jest prościutki ale tak cholernie pochłaniający czas, że już pod koniec goniłam resztką cierpliwości.





Do zrobienia były dwie takie firaneczki, niezbyt wielkie, ale jak na moją wytrzymałość nerwową - gigantyczne. Stąd ta moja radość i tyle fotek:)




Rozetki robiło się szybko i sprawnie.




Za to wzór głównej części był prosty i nudny....










Naciąganie to też było wyzwanie, ale poszło.





W ten sposób zakończyłam jeden z większych projektów. Po narzucie na kanapę, jest chyba drugim w kolejności.


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 90
Zakładki:
A A Zdjęcia zamieszczone na blogu są własnością moją lub mojej siostry. Z góry uprzedzam, że wyraziła ona zgodę na ich publikację, więc wszelkie próby zaskarżenia mnie do administratora spełzną na niczym.
A TU POMAGAMY
GłóWNIE SCHEMATY
IRLANDZKIE BLOGI
KSIĄŻKOWE
ROBÓTKOWE
TE STRONY ODWIEDZAM
WAżNE W IRLANDII
ZAGRANICZNE ROBóTKI
Anna Szymanski

Utwórz swoją wizytówkę Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...